Wstyd

Mięso armatnie,
rzucam się na rzeź.

Na gwałt oddaję trzewia.

w plwocinę brnę.

Bezwstydnie,
bez zażenowania.

Z przejęciem na zmiętej
twarzy rysowanym.

Lubieżnie – z oddali
przyglądam się.

Orgii barw,
bezeceństw ego.

W ekstatycznym
pojękiwaniu – drżę.

Zlizuję pot,
przywołuję obrazy.

Padam twarzą z nóg,
poobijany.

Z horyzontem ran,
pod skórą wytatuowanych.

Deklinacja uproszczona

Słowo – ja – ze słowników wykreślono,
przez – My – zastąpione.

Choć bardziej synonimem,
Ty – się stało.

Ciebie, z Tobą, o Tobie.

W pluraliźmie znaczeń,
deklinacja uproszczona.

Myśli zubożałe,
z pojedynczym obcują
podmiotem.

Przelatuje przezeń co rusz,
ucieka na moment.

By po chwili 
każdą z osobna
komórkę trawić 

wszędobylskiej tęsknoty
łomotem.

Grochem o ścianę

Rzucę mięsem,
chlapnę wersem,
splunę tęczą,
grochem o ścianę.

Brzytwą języka
na twych licach,
winy mieczem
wyryję znamię.

Powiek ciszę
jękiem skrzypiec 
przetnie smyczek 
nut szarpaniną.

By wpaść w przepastne
niebytu przestrzenie
czarnych dziur
blasków cienie.

W pajęczynę uwitą
labiryntem słów 
plwocin stali
nicią.

Popłynę płomieniem,
rzewnym skomleniem.
Potokiem słów 
się wykrwawię.

Rzucę mięsem,
chlapnę wersem,
splunę tęczą,
grochem o ścianę.

Terytorium zakazane

W najdalszej komórce ciała
tajemnicę skrywam.
Przed sobą samym,
na klucz zamknięta trzymam.

I straże, w postaci
głodnych wilczyc, ustawię.
By strzegły to,
co od wewnątrz trawi.

A jeśli będzie trzeba
ostrze w dłoni zadzierży
i bez mrugnięcia powiek,
wykroję te członki pamięci;

co czynią mnie kaleką,
bezbronnym jak dziecko
z rozpaczliwie wbitym
w przestrzeń wzrokiem,

szukającym po omacku
wyjścia z mroku.

Marilyn milcz!

Stary świat zatrzasnął drzwi,
naga Marilyn tańczy na parapecie.

W rogu siedzi, cygaro tli,
zdarta płyta w eterze leci.

Skórę dreszczem skroplił deszcz.
W nowiu pręży swoje lędźwie.

Popiół pod stopami skrzy,
włosy w aureolę przybrał świt.

Ona się śmieje,
ona drży.

Tuli wiatr, szepce słowa.

Ona się chwieje,
ona się tli.

Kolejny łyk, na powieki aureola.

Ona upada,
ona łka.

Ona, co noc dymem świec przyćmiona.

Ona z zamysłem,
w cudzą twarz,

na whiskówki dnie wpatrzona.

Rankiem otworzą drzwi,
przed permanentnie stanie długą drogą.

Dwa kroki wprzód – jeden w tył,
dwa w tył – jeden w przód.

W zaciśniętych piąstkach walki pył,
ciernista róża pomiędzy ustami.

Tak Marilyn – milcz!

Nikt nie usłyszy z kryształu łez,
co tłuką się o bruk kieliszkami.

I nawet ten rubin, cieknący z warg,
nikogo już nie przekona.

Oni szczekają, szczerzą kły,
wataha wściekłych psów,
czeka tylko by zerwać smycz.

Bez obroży samopas puszczone,
do gardła rzucą się
by rozerwać kolejne łono.

Strach

Pająk
wije kłamliwą nić
pomiędzy
neuronów
ulicami.

Jadem,
bezzębnych wiedźm,
pełzających
zygzakiem
pod stopami.

Po środku
czterech ścian,
bez okien, klamek, drzwi
w próżni
lgnących ku sobie.

W mostów
niemą czeluść,
Ikarem lecąc.
przechodząc opodal,
spadam do góry nogami:

w ocean mgieł,
między tęczówki kant,
a bezbrzeżną
źrenic
tonią.

W szkwał,
co na wskroś
przeszywa pierś;
rzuca żagiel na maszt,
w morze pcha łajbę rdzawą.

Boję się,…
a
strach
najdziwniejsza z cel.

Obserwuję świat
zza lęków krat.

W wiezieniu podświadomości
chłodem kajdan w niepamięci
stal zaobrączkowany.

Drżę.

Wypowiedzieć słowa nie mogę,
język zaplątuję w supeł,
odbiera mowę.

Głaz, co w żołądku tkwi
na dno ciągnie
siłą ciążenia.

Pojedyncze słowo,
egzekucyjny pluton,

dokonał stracenia.

Lustro weneckie

Obaj chcielibysmy coś powiedzieć.
Wydaje się nam, że ruszamy ustami.

Lecz to na nic,
to tylko złudzenie:

ani pół zgłoski z siebie nie wydobywamy.

Ty nakładasz cement – ja cegły układam,
tak powstaje mur między nami.

A gdy nastęnym razem popatrzę w okno,
ujrze szklany zarys twojej twarzy,

Mimo iz będę krzyczeć,
powieki będą moknąć,

nie chwycisz za kamień,
nie strzaskasz szyby,
nie ujrzysz nawet mego cienia.

Popatrzę w Twoje oczy,
uśmiechnę sie przez moment

i zniknę

wraz z twoim odbiciem
pod ciężarem owego kamienia.

Ono

Ono mieszka tuż za rogiem,
choć codzień przecina ci drogę,

wzajemnie – nic o sobie nie wiecie.

Raz chodzi smutne,
raz się usmiecha,

szepcze coś sobie pod nosem,
nie wiedzieć czemu,
drga mu powieka.

I gdyby nie ten rower,
i nie tamta kobieta…

pewnie nigdy nie spotkałyby się
wasze oczy.

Dopiero musiały upaść,
uderzyć w głowę,

by z głębin szarości
i półcienia

wydobyć innego człowieka.

W cieniu swego cienia

Jestem cieniem,
Cieniem własnego cienia.

Zapewne nie istnieję
i wcale mnie tu nie ma.

Jeszcze wczoraj widziałem obraz
malowany w pastelach.
Z uśmiechnięta twarzą
na pierwszym planie.

Uśmiech zaczął zanikać,
postać blednąć i maleć,
aż ze wstydu schowała głowę
za kamienicy rogiem.

W końcu ostało się tylko
piasku ziarnko
na kostce brukowej.

Szary przecinek miotał się
pomiędzy przechodniów stopami.

O, tak! Jestem przecinkiem!

Samotnym,
kruchym,
wiotkim,
małym,

lecz i to – za wiele!

Teraz już tylko będę plamą,
obwiednią po obrazie,
dla którego odtąd brak
miejsca na ścianie.

Aż przyjdzie inny,
a ja pozostanę – cieniem,
cieniem jego ramy.

I będę wpatrywać się w jego uwielbienie,
z zazdrością, i przerażeniem.

I będę tęsknił za blaskiem,
w cieniu jego cienia.

Nazywaj mnie, jak chcesz

Mogę byc:

rynsztokowym szczurem,
palantem i kastratem,
brukową padliną,
bezpruderyjnym prostakiem,
ordynarnym pedałem,
bezpańskim psem.

Jeśli tylko
przyniesie ci to śmiech,

zamiast łez,

nazywaj mnie jak chcesz.

Przeklinaj me plugawe istnienie,
módl sie o środka zbawienie.

I choć teraz moje oczy
to puste ślepia bez wyrazu,
sylwetka nic więcej niż wesz.

Tupnij nózką jeszcze raz,
na pięcie obróć twarz i,

nazywaj mnie jak chcesz.