Kakofonia

Nie pamiętam
kiedy był czas
na bezmyślenie.

Odszedłem,
nie wiadomo kiedy.

W logach.,
Nie zarejestrowano.

Nie uchwycił
monitoring.

Że istnieję, powiadają,
ba! dopingują.

Mimowolnie obserwuję
w odbiciach zarys
obcych oczu.

Kim byłeś?

Pytam wpatrzony,
w ciszę się wsłuchując.

Obcy niby-ja,
milczę
na tysiąc głosów.

W poszukiwaniu siebie

Z cudzych słów poskładany,
rzeźbiony palcami tysięcy.

Na podobieństwo malowany.

Z lubieżnych obrazów wycięty,
z wczorajszych gazet wytargany,

kalka kilku kartek zmiętych.

Kolaż –
brudnych wspomnień,
niemych grymasów,
cichych westchnień,
nieczystych spojrzeń.

Składam rzeczywistość
w pozorną całość.

Rozkładam na pierwiastki,
elementy pierwsze,

zdarzeń fragmentaryczność.

Sklejam złudzenia,
umysłu przewidzenia

dedukcji drogą.

By poznać
imię swe

na nowo.

Schamiony

Kaleka języka,
co rusz o żuchwę
się potyka.

Miele słowa,
myśli labirynt 
przeżuwa.

By 
splunąć w twarz
frazesami trzema.

Cel
chybiony
schamiony.

Taki ów ja
nieokrzesany
lój blokowy.

Co
chciałby być
panem.

Kundlem
mienię
się

z
podwiniętym
ogonem.

Grochem o ścianę

Rzucę mięsem,
chlapnę wersem,
splunę tęczą,
grochem o ścianę.

Brzytwą języka
na twych licach,
winy mieczem
wyryję znamię.

Powiek ciszę
jękiem skrzypiec 
przetnie smyczek 
nut szarpaniną.

By wpaść w przepastne
niebytu przestrzenie
czarnych dziur
blasków cienie.

W pajęczynę uwitą
labiryntem słów 
plwocin stali
nicią.

Popłynę płomieniem,
rzewnym skomleniem.
Potokiem słów 
się wykrwawię.

Rzucę mięsem,
chlapnę wersem,
splunę tęczą,
grochem o ścianę.

Terytorium zakazane

W najdalszej komórce ciała
tajemnicę skrywam.
Przed sobą samym,
na klucz zamknięta trzymam.

I straże, w postaci
głodnych wilczyc, ustawię.
By strzegły to,
co od wewnątrz trawi.

A jeśli będzie trzeba
ostrze w dłoni zadzierży
i bez mrugnięcia powiek,
wykroję te członki pamięci;

co czynią mnie kaleką,
bezbronnym jak dziecko
z rozpaczliwie wbitym
w przestrzeń wzrokiem,

szukającym po omacku
wyjścia z mroku.

Do alter ego

Słowa wkładam do szuflady,
zakopuję pod kocem,
po cichu spalam
nad świeczką w nocy.

Nikt nie usłyszy mych słów,
nawet tobie ich nie przyniose.
Przemienisz je w śmietnik kłamstw,
którego pozbyc sie niesposób.

Rozłożę na sylaby, z sylab
literki pooddzielam,
by jedną po drugiej przełknąć
nad ranem samotnie.

Popiję dark whisky,
z cytryną i lodem,
a strawionych szczątki
w podświadomości utopię.